Wystarczająco dobra matka

Wystarczająco dobra matka.

Dzieciństwo w ostatnich latach (dziesięcioleciach?) zyskało na znaczeniu, przyczyn tego zjawiska może być kilka – od powstania psychoanalizy, która głosiła pogląd, że dziecko jest ojcem człowieka, po przemiany społeczne, dzięki którym rodziny mają obecnie (przynajmniej w świecie zachodnim) średnio dwoje dzieci, o które trzeba dbać. Dodatkowo łatwy dostęp do informacji (nie zawsze rzetelnych) oraz agresywny marketing wmawiający ludziom, że od posiadania rzeczy zależy dobrostan ich i ich dzieci sprawiają, że na macierzyństwo spada ogromny ciężar. Mamy starają się jak mogą stymulować rozwój dzieci tak poznawczy jak i emocjonalny posiłkując się radami specjalistów, często gubiąc istotę sprawy, jaką jest dobra komunikacja z dzieckiem, szczególnie niemowlęciem, dana im z samego faktu bycia matkami. Niniejszy tekst jest poświęcony koncepcji wystarczająco dobrej matki Donalda W. Winnicott’a – koncepcji, która oddaje siłę w ręce młodych matek, by mogły znowu poczuć się pewnie z dzieckiem w ramionach. Powszechnie uważa się, że instynkt miłości macierzyńskiej jest czymś wrodzonym, co jakiś czas opinię publiczną szokują informacje o matkach, które w sposób okrutny wyłamują się z tego schematu. Także historia uczy nas, że w wieku XVII i XVIII macierzyństwo nie było gloryfikowane – kobiety tęskniąc za emancypacją starały się na powrót zdefiniować swoją tożsamość w męskim świecie, a żeby móc to zrobić musiały zrezygnować z jednej z najbardziej absorbujących ról, z macierzyństwa. Zamożniejsze panie oddawały swoje dzieci mamkom (zwłaszcza w krajach ówcześnie uważanych za postępowe takich jak Francja czy Anglia), a opieka mamek w niczym nie przypominała naszych współczesnych wyobrażeń. Dzieci często opuszczały dom rodzinny na kilka lat, w ciągu których nie widziały rodziców, a bywało, że wracały do nich uszkodzone. Niegdyś uważano, że ból po stracie dziecka w tamtym okresie nie był za duży, bo dzieci często umierały i ludzie, by oszczędzić sobie cierpienia wykazywali pewną obojętność. Elisabeth Badinter uważa natomiast, że dzieci te umierały w wyniku obojętności. Taki stan rzeczy miał oczywiście swoje społeczne i historyczne uwarunkowania, opierał się choćby na marnej pozycji kobiety i dziecka w społeczeństwie, uwarunkowanej kulturowo, jednak nie ma tu miejsca na dokładniejszą analizę. Osoby zainteresowane odsyłam do książki ww. autorki pt. Historia miłości macierzyńskiej. Na ten moment wystarczy stwierdzić, że instynkt miłości macierzyńskiej nie jest wrodzony, a miłość do dziecka wcale nie musi pojawić się zaraz po narodzinach, gdy noworodek kładziony jest na brzuchu matki. Wspominam o tym, dlatego, że kobiety często już od pierwszych chwil spędzonych z dzieckiem dręczy poczucie winy, że nie czują wystarczająco dużej miłości. Bywa, że później nie jest łatwiej – mama i dziecko pozostają przez jakiś czas w szpitalu, gdzie sztab specjalistów troszczy się o ich bezpieczeństwo i zdrowie, niestety często nadmiernie ingerując w ten subtelny mikrokosmos. Osiągnięcia medycyny bez wątpienia pozwalają uniknąć wielu tragedii i powinniśmy z nich korzystać w sytuacjach, które tego wymagają. W wielu przypadkach ingerencja z zewnątrz jest zbędna – mama, choć początkowo zagubiona, pozostawiona sama sobie nauczy się komunikować ze swoim dzieckiem wystarczająco dobrze, by zapewnić mu prawidłowy rozwój. Może wprawdzie nie czuć do dziecka obezwładniającej miłości, ale (jeśli jest zdrowa) posiada duże zasoby troski o dobrostan dziecka i potrzebę komunikacji z nim, co na początek w zupełności wystarczy. Pościg za ideałem rzadko wieńczy sukces. Słysząc z każdej strony dobre rady osób, które oczywiście mają jak najlepsze intencje, świeżo upieczona mama czuje się zdezorientowana i popełnia całą masę pomyłek, których zapewne uniknęłaby działając intuicyjnie. Jak pisze Winnicott: „wiedza [matki] musi płynąć z głębszych pokładów, niekoniecznie ubrana w słowa i pasujące do wszystkiego określenia. Podstawowe rzeczy, które matka robi z dzieckiem, nie mogą być realizowane poprzez słowa. […] W swojej długoletniej praktyce miałem okazję poznać wielu lekarzy, nauczycieli i wiele pielęgniarek, którym wydawało się, że mogą mówić matkom, co należy robić i którzy spędzili dużo czasu na instruowaniu rodziców; a potem spotykałem ich, kiedy sami byli już rodzicami i rozmawiałem z nimi o ich trudnościach. Okazało się, że w większości musieli zapomnieć o wszystkim, co zdawało im się, że wiedzieli, a co w istocie było wiedzą wyuczoną. Często odkrywali, że wiedza ta początkowo do tego stopnia im przeszkadzała, że nie umieli zachowywać się naturalnie w stosunku do własnego, pierwszego dziecka. Stopniowo udawało im się jednak odrzucić te bezużyteczne pokłady książkowej wiedzy, przepełnionej słowami i prawdziwie zaangażować się w relację z dzieckiem.” Ale co to znaczy zaangażować się w relację z dzieckiem? W początkowym okresie jego życia jest to nic więcej, jak reagowanie na jego dynamicznie zmieniające się potrzeby, co przypomina zgadywankę. „Czemu płaczesz? Czego potrzebujesz ode mnie?” – zdają się pytać mamy swoich dzieci każdym gestem i spojrzeniem. Rzeczywiście początkowo zadanie nie jest łatwe, nie wiadomo czy dziecko trzeba przewinąć czy nakarmić, czy potrzebuje smoczka, a może jest mu za gorąco lub za zimno? Może uwiera je metka w śpioszkach, a może jego potrzeby nie mają stricte fizjologicznego charakteru? Może chciałoby poczuć zapach mamy albo usłyszeć bicie dorosłego serca? Niemowlę nie ułatwia, bo nie wie jak znosić frustrację, a niezaspokojenie kojarzy z tragedią i lękiem. Na szczęście mama w końcu znajduje powód nieszczęścia i diada matka-dziecko powraca na chwilę do równowagi. Na tym, zdaniem Winnicotta, polega wystarczająco dobre macierzyństwo – chodzi o zapewnienie dziecku „holdingu” tj. trzymania, w sensie dosłownym i przenośnym. Matka ma stworzyć dziecku taki świat, w którym będzie się czuło bezpiecznie, a jego potrzeby będą zaspokajane. Nieuniknione porażki, które matka z pewnością popełni również będą okazją do rozwoju, ponieważ każdą z porażek mama będzie się starała naprawić, dając dziecku zasmakować czym jest prawdziwy sukces. Jak pisze Winnicott „Te względne klęski, na które zaraz znajduje się środek zaradczy, mają niewątpliwie duże znaczenie dla budowania porozumienia. […] Właśnie niezliczona ilość porażek, po których pojawia się pewien rodzaj troski, naprawiającej wyrządzone zło, składa się na przekazywanie miłości, faktu, że istnieje człowiek, który się troszczy.” W pierwszych krokach stawianych w macierzyństwie bardzo pomocna jest książka Winnicotta pt. „Dzieci i ich matki”, którą serdecznie polecam wszystkim przyszłym i obecnym matkom oraz osobom z ich otoczenia, w szczególności ojcom. Mama, aby móc sprawować opiekę nad nieskończenie zależnym niemowlęciem musi się z nim zidentyfikować, przejmując niejako jego cechy – sama staje się bardzo zależna, pozostając przy tym osobą dorosłą. Odpowiednio wspierające otoczenie, które rozumie delikatną naturę zagubienia i zależności, w jakiej znajdują się mama i dziecko jest dla nich niezwykle pomocne. Być może zainteresuje Cię także: Problemy ze snem u dzieci – przyczyny, leczenie. Zaburzenia przetwarzania sensorycznego.

Jeśli po przeczytaniu artykułu nadal masz jakieś pytania – zadaj je w komentarzu. Z przyjemnością podzielę się wiedzą i opinią.

Odpowiadamy zwykle we wtorki i piątki.

Jeśli wolisz, żeby Twoje pytanie zostało między nami skontaktuj się ze mną przez naszą stronę na Facebooku. Pozdrawiam Cię serdecznie. 

Bibliografia:
  1. W. Winnicott „Dzieci i ich matki” Warszawa 1994, Wydawnictwo W.A.B.
  2. W. Winnicott „Dom jest punktem wyjścia” Gdańsk 2011, Wydawnictwo IMAGO
  3. Badinter „Historia miłości macierzyńskiej” Warszawa 1998, Oficyna Wydawnicza Volumen Liga Republikańska

6 myśli na temat „Wystarczająco dobra matka.

Dodaj komentarz

*